Banner Top
ostatnia aktualizacja 14 Mar 2014 14:08
Z ziemi gubińskiej

Z ziemi gubińskiej (64)

Prace dorywcze początkiem sukcesu

Miejscowa „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 8 sierpnia 1917 roku poinformowała, że „Izba Krawiecka” funkcjonująca przy Czerwonym Krzyżu obchodzi trzecią rocznicę istnienia. Z firmy mieszczącej się w jednym pomieszczeniu wyrosło przedsiębiorstwo zasługujące na miano o wiele znamienitsze niż tylko „Izba Krawiecka” i stanowić może komórkę centralną w miejskim systemie pracy nakładczej. Społeczne kierownictwo placówki od jej powstania skupiało się w rękach radczyni Sądu Krajowego - pani Weißstein, która w to przedsięwzięcie włożyła nadzwyczaj dużo energii, starań i pracy, co dla osób postronnych jawi się być niewyobrażalne. Ostatniej zimy zatrudnionych było 425 pracownic. Chyba każdy, kto ma pojęcie o pracy w tej branży, przyzna, że za wielkimi liczbami odzwierciedlającymi ilość dokonanych działań krawieckich kryje się olbrzymi nakład prac organizacyjnych i kierowniczych. Wiele kobiet nie miało wcześniej żadnego fachowego przygotowania i wymagały dokładnego przyuczenia, aby jakość ich pracy spełniała wymogi. Nie można zapominać o wymogach klientów, jak administracja wojskowa, która przykłada szczególną wagę do dokładności pracy oraz profesjonalności w towarzyszącej jej działaniach finansowych. Wszelkie te działania nie były jednak daremne. Godny podkreślenia jest kolejny wyróżnik, a mianowicie, że prace wykonywały kobiety w swych domach i mogły z nich w każdej chwili zrezygnować, jeśliby znalazły dla siebie coś lepszego.

Można zatem powiedzieć, że była to praca wyjątkowa, dokonana w wyjątkowym czasie, która dla pracownic okazała się błogosławieństwem. Zdobyły kwalifikacje, które mogą wykorzystać w swych własnych biznesach i gospodarstwach domowych. W pochwałach od władz wielokrotnie znalazło się określenie „wzorcowy”.

Widziane z Gubina

Zasada tak zwanych „skromnych początków” jawi się być kluczem do największych sukcesów. Kiedy przyglądamy się potężnym firmom, aż trudno uwierzyć, że początkiem ich „dobrej drogi” był kontener, garaż, pokoik na poddaszu, stara ciężarówka, a na samym początku szef miał tylko dwie koszule - jedną, wciąż praną, na co dzień, a drugą „na niedzielę”. Podobnie jak owe kobiety sprzed stu laty, na „własne nogi” staje wiele osób obecnie - przychodzą na jakiś „staż”, „prace interwencyjne” czy inne formy zatrudnienia, aby po zdobyciu umiejętności i… znajomości, spróbować „kroczyć po swoim”. A zadowolenia klientów chyba nie da się pominąć - ono dodaje skrzydeł i firmie i pracownikom.

Opr., przekład i komentarz: K. Freyer

Rozrywka w wojskowym lazarecie

W „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 4 września 1917 roku znajdujemy artykuł o programie muzyczno- rozrywkowym, zorganizowanym przez miejscowych artystów w lazarecie wojskowym, urządzonym w „Hindenburgschule” („Szkoła Hindenburga”, w sąsiedztwie skrzyżowania dzisiejszych ulic Pułaskiego i Repatriantów, która uległa zniszczeniu podczas walk o miasto pod koniec 2WŚ w lutym 1945 roku).

Wieczór rozrywki otworzył nauczyciel o nazwisku Brühl, który przywitał cierpiących żołnierzy i podziękował im za dotychczasową służbę dla ojczyzny. W swej przemowie opisał obraz wspaniałych Niemiec, które wrogowie chcą zniszczyć. Następnie powołał się na wypowiedzi dowódców wojskowych, według których obecna sytuacja militarna jest dla Niemiec bardzo korzystna. Jego zdaniem obecne wielkie zmagania bojowe na zachodzie mają mieć znaczenie decydujące dla przyszłości. Bliski już jest pokój, a teraz należy dołożyć sił ku przetrwaniu w każdym miejscu, w jakim żołnierzom przyszło się znaleźć. Celem programu rozrywkowego było przywrócenie choć niewielkiego uśmiechu na twarzach cierpiących, którzy podziękowali za radosne chwile i zażyczyli sobie, aby takie wieczory miały miejsce częściej.

Widziane z Gubina

Wszelkiej maści programy rozrywkowe w czasach różnych zmagań wojennych miały bardzo często za cel odwrócenie uwagi od dramatycznej sytuacji militarnej, a często już bardzo bliskiej tragicznej klęski sprawy, dla której walczyli dani żołnierze. Podczas 2WŚ z „programem rozrywkowym” na pewien niemiecki statek szpitalny zawitał sam ówczesny minister propagandy Josef Goebbels. Wielu żołnierzom przybycie na ten program sprawiło niemały trud, bo jak tu przyjść, nie mając nóg. Sporo trudności sprawiła też oficjalna etykieta, bo jak tu się przywitać po wojskowemu, kiedy ręce zostały gdzieś na froncie.

Opr., przekład i komentarz: K. Freyer

Ostro przeciw plociuchom

„We wszystkich miejscowościach - nie tylko w Guben- wskutek oszczerczych pogłosek ucierpiały szczególnie te osoby, które pracują przy rozdziale żywności”, czytamy w „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 16.08.1917 roku. „W wielu przypadkach informowano już, że takie osoby, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zostały pociągnięte do odpowiedzialności i ukarane”, jak podaje „GG”. Niestety, wciąż pojawiają się amatorzy niszczenia opinii swych bliźnich za pomocą strzał zatrutych duchem pomówień i plotkarstwa. Ubolewa fakt, że prócz takich „strzelców” mamy do czynienia z „publicznością”, która biernie się temu przysłuchuje, zamiast energicznie i natychmiastowo zareagować. Pomówienia zmusiły do działania na forum Rady Miasta burmistrza sąsiedniego miasta Sommerfeld (Lubsko). Posądzono go o przechowywanie znacznych ilości artykułów żywnościowych w piwnicy (słonina i mięso) oraz o regularne otrzymywanie dużych ilości masła. Takie pogłoski nie tylko szargają opinię samych rządzących, ale też wywołują niezadowolenie społeczne w kontekście długo już trwającej wojny. Do tej pory życiowy rozsądek podpowiadał poszkodowanym, aby nie reagować, gdyż w tak trudnych czasach jest do zrobienia o wiele więcej lepszych rzeczy niż tracenie czasu i sił na walkę z pogłoskami. Jednak wobec niekontrolowanego nasilania się szkodliwości rozpowszechnianych treści, wspomniany burmistrz postanowił działać ostro i bezwzględnie wobec sprawców takich pomówień, których uda mu się ustalić. Podobne działania podejmie w odniesieniu do osób podżegających społeczeństwo.

Widziane z Gubina

Duch plotkarstwa i pomówień, można powiedzieć, nie stoi w miejscu, lecz rozwija się wraz ze światem i społeczeństwem. Wykorzystuje dziś współczesne nowinki techniczne, co sprawia, że ma zasięg globalny. Do globalnego zniszczenia opinii drugiej osoby wystarczy dziś zdjęcie z „małym” komentarzem, umieszczone w sieci. Czy zatem żyjemy dziś w warunkach „wojny światowej” prowadzonej na języki, w której nie istnieje już jakiekolwiek poczucie przyzwoitości? Potocznie plotkarstwo kojarzone bywa z… psem, co poświadczają porzekadła: „Psy szczekają, a karawana jedzie dalej”, „Psie głosy nie idą pod niebiosy”, „Im głośniej pies szczeka, tym szybciej ochrypnie”. Czy można zatem powiedzieć, że dziś ochrypłym głosem „szczeka” cały świat? Uważam, że jest to bliskie prawdy. Ale tak naprawdę, dokąd zajdzie człowiek, który chciałby kopnąć każdego psa, który na niego zaszczeka?

Op., przekład i komentarz: K. Freyer

Miejskie warsztaty szewskie

Utrzymujący się brak podaży skóry obuwniczej, będący konsekwencją prowadzonych działań wojennych, jak podaje „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 8 czerwca 1917 roku, skłonił rząd Niemiec do zorganizowania możliwie w jak największym zakresie produkcji tak zwanej „skóry zastępczej”. Bezpośrednio ma się tym zająć specjalna spółka, stworzona na bazie prawa wojennego. Dzięki temu ma się znacząco polepszyć oferta dla ludności cywilnej. Jednak duża część branży szewskiej zdaje się być negatywnie ustosunkowana do nowego pomysłu. Z licznych skarg wynika, że szewcy wstrzymują się przed wytwarzaniem podeszw z nowego materiału, co w dużej mierze uderzyło w niezamożną część społeczeństwa. Wiele miast złożyło wniosek o pozwolenie na komunalne zakłady szewskie, aby uniezależnić ludność od działań prywatnej branży szewskiej, która narazi się na pokaźne straty, gdy utraci klientów. Wskazano, że zastosowanie nowych  (zastępczych) materiałów w przyszłości może być konieczne w jeszcze większym zakresie. Trudno zrozumieć branże szewską z jeszcze jednego powodu, a mianowicie z tego, że do produkcji używane są najlepsze dostępne surowce.

Widziane z Gubina

Odchodzenie od surowców naturalnych na rzecz sztucznych to współczesna codzienność. W laboratoriach powstają nowe syntetyczne produkty, stworzone tak profesjonalnie, że przeciętny konsument na pierwszy rzut oka nawet nie uwierzy, że ma do czynienia z wytworem branży chemicznej, a nie z produktem naturalnym. Pewien erefenowski prezenter telewizyjny założył się publicznie, że wielu konsumentów nie zauważy różnicy między naturalnym sosem pomidorowym, a produktem, który on stworzy z dostępnych substancji. Pomieszczenie, w którym nad tym pracował, bardziej przypominało laboratorium chemiczne niż kuchnię. Produkt końcowy, wśród losowo wytypowanych konsumentów, zebrał opinie, które daleko przerosły oczekiwania „producenta”. Dzięki temu, że miał lepszy kolor i gęstość, zdecydowana większość oceniających uznała go za oryginalny, prawdziwy, naturalny, a wręcz ekologiczny (!) sos pomidorowy. Trudno ocenić ilość produktów chemicznych, które konsumenci z przekonania uważają za naturalne. Czy zatem znaleźliśmy się o krok od świata, w którym chemicznie będzie można skopiować lub zastąpić wszystko? Czy jest możliwe, że człowiek naturalny zostanie wyparty przez produkt chemiczny? Czy uwierzylibyśmy, gdyby nam dziś wmówiono, że nie jesteśmy ludźmi, lecz jakimś „wyżej zorganizowanym hologramem”? Jeśli tak by się stało, możemy liczyć na fachową pomoc lekarzy, którzy na co dzień zajmują się pacjentami, którzy twierdzą, że nie istnieją.

Opr., przekład i komentarz:: K. Freyer

Grzyby… i „grzyby”

Ziemia Gubińska tradycyjnie kojarzy się nam z niemal corocznym, bardzo obfitym wysypem grzybów, „tłumnie” porastających okoliczne lasy i łąki, nawet w granicach administracyjnych miasta. Nic więc dziwnego, że pod koniec 1WŚ, jak podaje ówczesna „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”), dostrzeżono je jako ważne uzupełnienie jadłospisu, który wojenne wyrzeczenia czyniły coraz uboższym..

Do zwiększonego wykorzystania grzybów w piśmie okólnikowym wezwał sam prezydent Wojennego Urzędu Wyżywienia. W okresie braków żywności owoce lasu, takie jak jagody i grzyby, powinny znaleźć maksymalnie możliwe wykorzystanie w żywieniu obywateli. W minionym roku (1916) zasoby jagód zagospodarowano niemal w całości, a grzyby tylko w tych regionach, gdzie nie brakowało wiedzy i doświadczeń w tej dziedzinie. Z tego faktu wynika zapotrzebowanie na działania edukacyjne w społeczeństwie. Należy uświadamiać w wymiarze teoretycznym i praktycznym oraz wprowadzać ułatwienia dla osób zajmujących się zbiorem i przerobem tym zasobów. Przede wszystkim należy uruchomić sieć punktów zbiórki grzybów oraz zadbać o odpowiednie pakowanie i transport tego łatwo psującego się towaru.

Widziane z Gubina

W obecnym okresie negatywnych zmian klimatycznych, zakłócających naturalny cykl wegetacyjny, kiedy możemy już mówić o tylko dwóch „porach roku”, czyli chłodnej zimo-wiośnie i niewiele cieplejszej i suchej lato-jesieni, prawdopodobieństwo lat bez znaczących wysypów grzybów staje się coraz większe. Czy Matka Natura odpowie i stworzy „nowe grzyby”, które zdołają zadomowić się w naszych lasach na kolejne stulecia, umiejąc na bieżąco dostosowywać się do kolejnych zmian? A może tym zadaniem w swych monstrualnych laboratoriach zajęli się już nawiedzeni naukowcy? Trudno odpowiedzieć, ale jedno wydaje się być pewne od zawsze, a mianowicie, że chciwa natura ludzka niestrudzenie, w każdym zakątku globu, funduje nam pewien niezmiernie trudny do zwalczenia rodzaj „grzybów”, preferujący „dziedzicznie osiadły” tryb życia - od wielu pokoleń… przy jednym korycie.

Opr., przekład i komentarz: K. Freyer

Pogodowe (bez)nadzieje

W „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 02.05.1917 znajdujemy tekst o spóźnionej wiośnie i ludzkich nadziejach, które niemal idealnie zdają się pasować do współczesności:

- Nadszedł maj i miejmy nadzieję, że z nim również przyszła wiosna. Wystarczająco długo siedzieliśmy w ciepłym pokoju, a wychodząc z domu musieliśmy zakładać ciepły płaszcz, aby dziś nie cieszyć się miesiącem rozkoszy i nie podziękować Stwórcy Wszechrzeczy za ciepłe promienie słońca. I rzeczywiście wydaje się, że dostojny maj naprawdę zamierza położyć kres barbarzyńskiej, nieznośnie długiej zimie. Już wczoraj przywiało do nas łagodniejsze powietrze, a słupek rtęci w termometrze opuścił smutną okolicę w pobliżu zera i poszedł w górę. Drzewa i krzewy wypuściły zielone pąki. Rozwijają się wiosenne kwiaty, i tylko patrzeć, jak zakwitną drzewa. Jak trochę majowego światła rozjaśniło ulice i oświetliło też serca! Za jego sprawą kiełkują nie tylko nasiona, które mają nam dać nasz chleb powszedni, lecz także nadzieje. Tak, teraz wiemy, że wiosna musi również nadejść w życiu narodów, i że niebawem znowu zapanuje pokój - jest to najwznioślejszy cud, jaki sprawia maj, i dlatego już z tego powodu serdecznie pozdrawiamy go serdecznym słowem „Witaj!”

Widziane z Gubina

Jeżeli aura w dalszym ciągu będzie nam sprawiać zimowe wybryki, jak do połowy maja, niechybnie spełni się zapowiedź z polskiej prasy, że w tym roku „zima spotka się z zimą”, co przyniesie podrożenie żywności i przyhamuje związane z rolnictwem obszary gospodarki.

Co do nadziei na „wiosnę w życiu narodów”, to czy aby nie mamy przed sobą kolejnej edycji „Wiosny Ludów”, w której spora część mieszkańców naszego kontynentu widzi uwolnienie się z „więzów” Unii Europejskiej? Póki co, Unia Europejska przypomina tonący Titanic Światowego Atlantyku Politycznego, na którym woda zalewa kolejne pokłady. Ci z „pierwszej klasy” stoją już w kolejce do burty z łodziami ratunkowymi na plecach. A reszta? Niech dobrze wyszorują pokład i ubikację kapitana! - Za rejs do „Drugiej Irlandii’ ktoś musi zapłacić!

Op., przekład i komentarz: K. Freyer

Wojny minionych wieków

W kontekście rocznicy zakończenia 2 WŚ warto wspomnieć, że nie jest to jedyny kataklizm polityczno-militarny, jaki przetoczył się przez Gubin, gdyż w wiekach minionych dotykały go liczne konflikty wewnątrz-europejskie, a najdłuższy okres pokoju wyniósł ponad 350 lat. Spróbujmy przyjrzeć się im na podstawie materiału zebranego przez miejscowego historyka Karla Gandera.

W roku 1648 zakończyła się Wojna Trzydziestoletnia. W 1700 wybuchła trwająca 21 lat Wojna Północna, kiedy Saksonia z Dolnymi Łużycami, do których wtedy należał Gubin, walczyła po stronie Rosji przeciw Szwecji. Wojska szwedzkie weszły do Gubina 9 marca 1707 roku i za stawianie oporu spaliły m.in. pobliską wieś Kosarzyn. Spokój przyniosło dopiero rosyjskie zwycięstwo pod Połtawą. W trakcie Wojny Siedmioletniej (1756-1763) Gubin czasowo zajęły Prusy. Przedtem, od strony Śląska, weszli Rosjanie, rozbili tu wielki obóz oraz zażądali jedzenia i wozów.

W 1806 Saksonia u boku Prus wystąpiła przeciw Napoleonowi. Ciągłe przemarsze wojsk i wszelkie możliwe obciążenia kształtowały życie codzienne około 5500 mieszkańców - aż do początku roku 1813, kiedy rozbita armia francuska w fatalnej kondycji między innymi tędy wracała do kraju. W 1815, postanowieniem Kongresu Wiedeńskiego, Gubin przypadł zwycięskim Prusom, co zapoczątkowało wzrost gospodarczy. Po roku 1864, w wojnach pruskich przeciwko Danii, Austrii i Francji, brali udział żołnierze ówczesnego garnizonu gubińskiego, którzy największe straty ponieśli w sierpniu 1870 w trakcie kampanii przeciwko Francji.

Zaledwie 40 lat później napięcia pomiędzy głównymi mocarstwami Europy doprowadziły do wybuchu 1WŚ. Gubeński duchowny Gustav Mix w roku 1918 zauważył, że tu, na miejscu, tocząca się wojna nie byłaby w ogóle odczuwalna, gdyby nie liczne wyrzeczenia ludności cywilnej. Przeciwieństwem tego stanu rzeczy był wynik 2 WŚ, której ofiar nie sposób policzyć, i która przyniosła miastu nad Nysą olbrzymie cierpienia, których ślady pozostają widoczne do dziś - zapisane w ruinach Kościoła Farnego, w pozostałościach zniszczonych budynków i śladach kul, które jawią się być swoistą kroniką walk.

O bolesnych momentach minionych wieków przypomina Baszta Ostrowska, zwana również „Grubą Wieżą”. Ta druga nazwa zdaje się między wierszami przekazywać istotne przesłanie, a mianowicie, że „chude lata” łatwiej przetrwać w „grubych murach”.

Tekst: Gerhard Gunia

Opr. i przekład: K. Freyer

Nie wysyłać żywności w paczkach!

W „Gubener Zeitung („Gazeta Gubeńska”) z 03.04.1917 czytamy:

- Z urzędu otrzymaliśmy następującą informację:

Zbliża się ciepła pora roku i dlatego stosowne przypomnienie jest jak najbardziej na miejscu, abyście nie wysyłali żywności na front, ani na obszary etapowe. Dlaczego? Zbyt łatwo się psuje, co sprawia, że takie przesyłki są bezcelowe. O potrzeby żywieniowe żołnierzy w sposób wystarczający troszczy się administracja wojskowa. Kraj też potrzebuje żywności, która w paczkach na front niepotrzebnie się marnuje. Dlatego to, co macie, zatrzymajcie w domu i poprzestańcie na obdarowywaniu swoich bliskich papierosami, cygarami i tytoniem. Tak więc żywność wysłana żołnierzom na niewiele  się zda, a zapasy dla cywili w ten sposób ulegają uszczupleniu. Dlatego jeszcze raz: Zaniechajcie wysyłania żywności na front!

Widziane z Gubina

Wysyłka i transport żywności, aby zdążyć przed jej zepsuciem, jest problemem również w okresie pokoju. Czy nie zdarzyło się nam zauważyć, że to, co u producenta lub hurtownika wyglądało na dobre, na sklepowych półkach do zakupów już nie zachęcało? Mówi się, że to wina chemii użytej do produkcji żywności. Jeśli mimo to zdecydujemy się na zakup takich „chemicznie tuningowanych” artykułów, po krótkim czasie mamy w domu kompost (!). Gdyby więc ktoś zechciał wysłać taką żywność pocztą, na przykład biedniejszemu krewnemu, może spróbować ominąć przepisy zabraniające umieszczania w paczkach artykułów łatwo psujących się, a jednocześnie nie skłamać, oświadczając, że w paczce znajduje się „ekologiczny nawóz do kwiatów” – zapakowany zgodnie z wymogami. Niektóre nawożone sztucznie warzywa potrafią zgnić dosłownie w ciągu jednej nocy. Zatem określenie „nawóz” wcale nie będzie wprowadzaniem w błąd.

Opr., przekład i komentarz: K. Freyer

Recykling przed stu laty

W „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”) z 11.03.1917 r. znajdujemy coś na potwierdzenie, że gospodarka surowcami wtórnymi to wynalazek starszy, niż mogłoby się wydawać:

- Pośród metali, które należy oszczędzać, cyna zyskała wciąż rosnące znaczenie szczególne w kwestii obronności kraju i gospodarce żywnościowej. Oprócz militarnego wykorzystania jest potrzebna do produkcji białej blachy, wykorzystywanej do wytwarzania konserw. Cyna zawarta w takich opróżnionych opakowaniach może zostać odzyskana chemicznie i w ten sposób ponownie udostępniona na potrzeby ogółu. Dlatego istniejący już system zbiórki wszystkich puszek z białej blachy powinien być dalej rozbudowywany, by zawartość cyny, o ile to możliwe, została odzyskana w całości. Już teraz każdy z nas ma obowiązek wobec ojczyzny, aby w swoim zakładzie pracy, w gospodarstwie domowym itd. starannie zbierać opróżnione stare puszki z białej blachy i przechowywać je do momentu odbioru. Dokładne mycie i suszenie puszek jest konieczne, gdyż w przeciwnym wypadku wartościowa cyna nie zostanie odzyskana. Za przekazany złom cynowy obiecano stosowne wynagrodzenie.

Widziane z Gubina

W moim odczuciu powyższy tekst to jakby „prototyp” dzisiejszych instrukcji selektywnej zbiórki odpadów domowych. Przy czym wątek „ojczyzny” zastąpiło dziś pojęcie „środowiska naturalnego”, ale nad „potrzebami ogółu” zdają się górować „potrzeby własnego portfela”.

Opr., przekład i komentarz: K. Freyer

Budki lęgowe a broń biologiczna

W przedostatnim roku pierwszej wojny światowej cesarskie Niemcy coraz bardziej zmagają się z brakiem żywności. Chwytają się więc każdej możliwości, dzięki której można będzie przynajmniej nie pogarszać i tak już bardzo skomplikowanej sytuacji. Jedno z takich działań opisano w lokalnej „Gubener Zeitung” („Gazeta Gubeńska”)  z 7 marca 1917 roku:

- Nadszedł czas zakładania budek lęgowych dla ptaków. Faktem jest, że w niemałej mierze zadaniem właśnie ptactwa jest przyczynienie się do naszego zwycięstwa na froncie. Ponieważ nasza gospodarka zdana jest niemal wyłącznie na produkty z Niemiec, wszelkich płodów ziemi potrzebujemy bardziej niż w jakimkolwiek innym czasie. Każda roślina lub owoc, zaatakowany przez szkodniki, a w ten sposób mniej wartościowy, oznacza uszczerbek w środkach koniecznych do gospodarczego przetrwania. W tych okolicznościach to właśnie ptaki wciąż pozostają naszymi najlepszymi sojusznikami w walce ze szkodnikami, które „gryzą i wiercą” w trybach gospodarki leśnej i rolnej. Wartość dóbr, które ptaki pomagają nam uchronić, należy liczyć w milionach marek. To one minimalizują działanie szkodników do znośnego poziomu.

Widziane z Gubina

Gdybyśmy poszli w przeciwnym kierunku myślenia i rozumowania niż autor powyższego tekstu w „GG”, znaleźlibyśmy się niejako na „ostatniej prostej” w zastosowaniu broni biologicznej, która wspierałaby niekontrolowane namnażanie się groźnych wrogów płodów rolnych i leśnych, i tak wpływałaby na ptactwo, aby samo stało się źródłem chorób pasożytniczych, z łatwością przenoszących się na zwierzęta i rośliny, ale przede wszystkim na mocno osłabionych wojną żołnierzy i cywili na dalekim zapleczu. W porównaniu z taką „nowinką techniczną” ówczesne gazy bojowe można by nazwać „niewinnym dezodorantem”.

W minionej epoce propaganda głosiła, że dywersanci zza Atlantyku celowo zrzucają z samolotów stonkę na pola ziemniaczane w „Bloku Wschodnim”. Wielu uważało, że to technicznie niewykonalne. Ja wierzyłem, że wykonalne. Pamiętam, że jako 12-letni chłopak przeniosłem stonkę zebraną u siebie na ziemniaki sąsiada. Jaki zatem był problem przeniesienia jej z kontynentu na kontynent, pomyślałem już wtedy. Wiedziałem już, że pod koniec II WŚ w biurach projektowych III Rzeszy powstały samoloty mogące zaatakować miasta na wschodzie USA - przede wszystkim dalekodystansowe Arado. Amerykanie mieli więc wystarczająco dużo sił i czasu, aby na bazie skonfiskowanych pomysłów niemieckich rozwinąć coś jeszcze groźniejszego. Gdy swymi przemyśleniami o Arado i lotniczych zrzutach stonki podzieliłem się z wychowawczynią Krystyną Gwoździańską z SP1, ta odrzekła: „Psst, Krzysztof! O tym nikomu nie wolno ci mówić!” Pomyślałem więc: Dla kogo pracuje Gwoździańska?

Opr,. przekład i komentarz: K. Freyer

Subskrybuj to źródło RSS

2°C

Gubin

Cloudy

Humidity: 84%

Wind: km/h

  • 24 Mar 2016 7°C 2°C
  • 25 Mar 2016 9°C 4°C