Banner Top
ostatnia aktualizacja 14 Mar 2014 14:08
Wpisani w krajobraz Gubina

Wpisani w krajobraz Gubina (7)

Teresa Opara

- Dzień dobry, dawno Pani nie widziałem. Podobno zamierza Pani zostać miejską radną.

- Tak się złożyło, gdy bodaj najaktywniejszy miejski radny Edward Patek zaproponował mi miejsce na liście, twierdząc, że istnieje potrzeba zwiększenia ilości aktywnych kobiet w radzie. To poważna decyzja, pomyślałam. Po namyśle wyraziłam zgodę na kandydowanie. 

- No, to gratuluję tej decyzji.

- Dziękuję, ale trudno rozmawiać w tym chłodzie na ulicy. Zapraszam do mojego sklepu, który prowadzę już teraz z moją córką. Tam będzie cieplej i bardziej kameralnie.

- Wchodzimy do sklepu. Sklep, jakżeby inaczej, obuwniczy. Proszę o parę słów o tym sklepie…

- Jak to szybko zleciało od powstania sklepu w 1992 roku… Wtedy, gdy rozważano pierwszą redukcję pracowników w CARINIE, gdzie byłam zatrudniona, postanowiłam przejść na swoje i tak powstał sklep MERKURY.

- Czy jest Pani rodowitą gubinianką?

- W Gubinie mieszkam od 1974 roku. Ukończyłam ogólniak w Garwolinie, potem studium w Siedlcach i przebywając na delegacji w Zielonej Górze, weszłam do kawiarni i tam poznałam interesującego mężczyznę, Jurka, mojego dzisiejszego męża. Jurek właśnie rozpoczął wtedy pracę w Gubinie. Sprawy potoczyły się szybko. Podjęłam pracę kierownika kulturalno-oświatowego w Carinie, tu się zakotwiczyłam.

- Musiało to być interesujące zajęcie.

- A i owszem, ale wszystko wtedy reorganizowano. Po kilku miesiącach, jak się to mówiło, otrzymałam propozycję nie do odrzucenia, stanowisko zastępcy kierownika działu socjalno-bytowego. Być może dlatego, że relacje z pracownikami miałam co najmniej poprawne. Ponoć umiałam współpracować ze związkami zawodowymi, więc wkrótce zostałam kierownikiem tego działu i tak zleciało niemal dwadzieścia lat, kiedy to nadszedł czas transformacji ustrojowej, do którego nie byliśmy przygotowani. Zaczęły padać potęgi przemysłowe. W naszej branży dla przykładu Radoskór Radom, czy Podhale Nowy Targ. Nie znaliśmy gospodarki wolnorynkowej. Ponadto największy odbiorca naszych butów, Związek Radziecki, wypowiedział wszystkie kontrakty i plajta gotowa.

- To może kilka słów o aktualnym popycie na obuwie.

- W Gubinie i dzisiaj cudów się nie zdziała, bo wyprzedaże w Guben dają szansę kupienia taniego obuwia. Ja patriotycznie od początku sprzedaję dobre, skórzane, polskie obuwie. Popyt raczej nie rośnie, ale stali klienci, a raczej klientki, to dla mnie niemal zbawienie. Lubię klientów i staram się ich traktować jak wierny sługa.

- Tajniki handlu mamy już opanowane, a czy nie brakuje Pani działania społecznego?

- Społecznie działam w organizacji CARITAS przy Parafii Matki Bożej Fatimskiej. Od 8 lat jestem wiceprzewodniczącą działającego tam zespołu. Daje mi to dużo satysfakcji i zadowolenia. Corocznie organizujemy kolonie letnie dla najuboższych dzieci. Biednym rodzinom pomagamy dając paczki żywnościowe. Klub Seniora pod nazwą Aktywna Jesień skupia ponad 40 osób, które biorą udział w pożytecznych spotkaniach. Seniorzy wyjeżdżają też na turnusy rehabilitacyjno-wypoczynkowe do ośrodka w Gościmiu. 

- Czym mogłaby Pani zajmować się w Radzie Miejskiej?

- Pragnę aktywnie zwalczać bezrobocie i nieść pomoc najbiedniejszym. Na walkę z bezrobociem mam kilka pomysłów. Wiem, jak to robić, bo w moim zakładzie zatrudniam 17 osób.

- Życzę Pani wygrania wyborów i dziękuję za interesujące wypowiedzi, oraz za wspaniałą herbatę.

 

Maria Cieślik

Wpisana w krajobraz Gubina 

Z Marią Cieślik rozmawia Oleg Sanocki

- Czy nazwisko Cieślik ma coś wspólnego z Gerardem Cieślikiem, najlepszym powojennym piłkarzem polskim z Ruchu Chorzów?

- Tak jest istotnie, bo mój mąż jest bratankiem reprezentanta Polski. 

- Z takim nazwiskiem w wyborach samorządowych sukces jest pewny...

- Stało się tak za namową radnego Wojciecha Sendery, jak również Urszuli Kondracik, z którą działamy w Stowarzyszeniu Kobiet Niezależnych, no i zgodziłam się wystartować do Rady Miejskiej. Nie mam przeszkód, by być aktywniejszą społecznie, bo dzieci samodzielne, wnuki też już dorosłe.

- Podobno popiera Panią również Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze.

- Liczę na takie poparcie, bo w PTTK jest moje serce i dlatego jestem czynnym członkiem tego towarzystwa. Bardzo angażuje mnie grupa Łazików Tatrzańskich, a i wokół Gubina jest gdzie maszerować.

- Od kiedy jest Pani gubinianką?

- Mogę powiedzieć, że od zawsze, od kiedy tylko coś pamiętam, czyli od 1946 roku. Moja mama zamieszkała w Gubinie jako osadnik wojskowy. Tutaj po ukończeniu szkoły krawieckiej podjęłam pracę szwaczki w Goflanie w 1963 roku, potem byłam brakarzem, by w następstwie tego przez wiele lat odpowiadać tam za szkolenia pracownicze. Goflan stwarzał wtedy pracownikom dogodne warunki do dokształcania.

- A po Goflanie? 

- W 1980 roku spróbowałam samodzielnego działania gospodarczego. Zostałam kierownikiem firmy odzieżowej Jurand, który prosperował tutaj w śródmieściu. Kiedy ulegał likwidacji w 1990 roku, utworzyłam z niego prywatne przedsiębiorstwo MARA, które zatrudniało 53 osoby. Wtedy pracował u mnie kwiat Goflanu.

- Nazwa MARA brzmi jakoś tajemniczo, a może nawet magicznie…

- Nie ma w tym żadnej tajemnicy ani też magii. Mara, tak brzmiało moje przezwisko szkolne, chociaż bardziej znaną była Marzena.

- Widzę, że marzenia się Pani łatwo spełniały.

- Marzenia lubią się spełniać, ale warto wychodzić im naprzeciw.

- Co Panią cieszy w Gubinie?

- Cieszyć może, nie tylko mnie, duża poprawa jakości nawierzchni dróg, chodników, rozwiązań komunikacyjnych - nowe ronda. Dobrze, że Gubinem rządzą młodzi, wykształceni ludzie. Wiedzą, czego chcą. Coraz lepiej współpracują z sąsiednim Guben. Ostatnio rozwiązują bodaj najważniejszą dla Gubina sprawę zabezpieczenia przeciwpowodziowego. Uważam, że warto by ich wspierać.

- A co mniej cieszy?

- Martwi mnie brak połączenia kolejowego Gubina ze światem, podobnie jak zlikwidowanie naszego szpitala. Niepokojące też jest to, że pochopnie rozprzedano działki budowlane w centrum Gubina i mijają lata, a nic się tu nie buduje. Budynki mieszkalne pojawiają się gdzieś po obrzeżach. Uaktywnili się zwolennicy zagospodarowania Wzgórz Gubińskich, a brak skutecznego działania w śródmieściu. Przecież są ustawowe terminy zagospodarowania działek budowlanych. Jeśli ktoś chciał spekulować działkami w śródmieściu, to jego czas już minął.  

Musimy stwarzać dogodne warunki w mieście dla podmiotów gospodarczych. Sami urzędnicy tego nie zrobią. Mogą to zrobić aktywni radni znający ekonomię i przedsiębiorczość.

- Widzę, że ma Pani dar przekonywania. Nawet ten Pani piesek słucha wszystkiego z uwagą…

- Mój Dyzio tak, on więcej rozumie od niejednego człowieka. Jest kochany i rozumny. Pojął, co najważniejsze, że słuchanie ludzi to u nas cecha rodzinna, bodaj najistotniejsza. Zawsze uważałam, że warunkiem uzyskania posłuchu jest uważne wysłuchanie innych.

- Piękna zasada, pochwalam i podziwiam. Dziękuję też za wspaniałe placki ziemniaczane i życzę z całego serca powodzenia w wyborach.  

Leszek Ochotny

Z Leszkiem Ochotnym rozmawia Oleg Sanocki

 

Jest Pan jedynym gubinianinem, który przez 2 kadencje przewodniczy Radzie Miejskiej, poproszę o jakieś szczegóły…

 

Pamiętam pierwsze nasze spotkanie, na którym postanowiliśmy wystartować w wyborach. Czytaliśmy przepisy o wyborach i zasadach funkcjonowania samorządu. Trzeba było wymyślić nazwę komitetu wyborczego i tak powstało hasło, samorządowa organizacja i komitet „Pro Gubin”. Co do programu byliśmy zgodni, że nie może być obarczony ciężarem deklaracji politycznych.

 

Jak Pro Gubin rozpoczął działalność?

Zbudowaliśmy program, tez Pro Gubin, czyli wszystko dla Gubina. To jedynie 10 punktów a w podtekście niespełnione hasła Solidarności.

 

Jakie mieliście kwalifikacje?

Merytoryczne raczej wysokie, bo każdy miał wyuczony zawód a większość wyższe wykształcenie. Praktyczne kwalifikacje niemal zerowe. Kilka osób tak jak lider Bartłomiej Bartczak, skończyło Europaschule i studia w Niemczech, więc znali dobrze język niemiecki i mentalność sąsiadów, więc współpraca transgraniczna stała się naszą mocną stroną, co zaowocowało dużymi pieniędzmi unijnymi.

 

Nie wierzę, żeby nie było różnicy zdań…

W sprawach zasadniczych różnic poglądów nie było, bo od razu każdy otrzymywał zadanie do wykonania. Po niewielkich przetargach powstał komitet organizacyjny i wytypowaliśmy kandydatów do rady.

 

A co z kandydatem na burmistrza?

Przywództwo ideowe, programowe i organizacyjne od początku jakoś samoistnie spełniał Bartek, dlatego był naturalnym kandydatem na funkcję burmistrza. Jak  wszyscy wychowany w Gubinie. Zrozumiałym jest, że dobro Gubina stało się naszym motorem działania.  

Może trochę szczegółowiej o wewnętrznej organizacji tej wspólnoty.

Skoro cele zostały sprecyzowane, wszyscy zobowiązali się je realizować. Nikt nie unikał rozklejania plakatów, czy też roznoszenia ulotek. Musieliśmy wszystko robić sami, bo skromne fundusze, które zebraliśmy były śmiesznie małe. Nie stać nas było na wynajęcie lokalu wyborczego, dlatego spotykaliśmy się na łonie natury, rzadziej w prywatnym mieszkaniu. Jednoczyło nas utrzymanie w tajemnicy działań wewnętrznych. Staraliśmy się być na terenie miasta wszędzie, wśród ludzi.

 

Co się działo po sukcesie wyborczym?

Wielkość sukcesu była dla nas miłym zaskoczeniem, teraz dopiero trzeba było zakasać rękawy. Musieliśmy rozpoznać machinę urzędniczą. Nie zamierzaliśmy jej burzyć. Przyjęliśmy taktykę wysłuchiwania każdego nie tylko urzędnika, czy radnego również z opozycji, co dawało nam wiedzę o problemach i nastrojach. Gdy koledzy uznali, że mam wystarczającą cierpliwość do słuchania innych, pewnie dlatego wybrali mnie przewodniczącym.

 

Może coś o funkcjonowaniu klubu Pro Gubin…

Przyjęliśmy zasadę, że na posiedzeniu klubu można sprzeczać się o wszystko, udowadniać swoje racje i by przygotować wspólne stanowisko na posiedzenie komisji w radzie. Dlatego na sesjach nie poruszamy spraw drażliwych. Unikamy widowiskowej farsy, którą czasem funduje nam opozycja.

 

Jak widzę, wystartuje Pan w nadchodzących wyborach z dużym doświadczeniem sprawdzonym w działaniu.

Co do startu w nadchodzących wyborach nie mam pewności. Dorastają i dojrzewają już inni radni. Może dać im szansę. Mamy naprawdę mocną i kompetentną ekipę. Ja jako geodeta na samorządowej pasji tracę zarobki. Myślę o zmniejszeniu aktywności, mając na uwadze rodzinę i dzieci.

 

Czym powinien charakteryzować się mądry, skuteczny radny?

Na pewno nie gadulstwem. Radny w swym działaniu powinien kierować się znajomością przepisów i zdrowym rozsądkiem.

 Jeżeli chce uprawiać ideologiczno- polityczną działalność to niech idzie do sejmu. Mądry radny skupia się na pracy w komisjach.

 

Może coś o osiągnięciach…

Osiągnięcia gospodarcze, szczególnie w rozwoju infrastruktury miasta mieliśmy w pierwszej kadencji. W obecnej kadencji mimo panującego kryzysu też zrobiono wiele i miasto rozwija się kulturalnie, komunikacyjnie i gospodarczo. Inwestorzy kupują działki i co ważne budują Gubin. Przybywa też miejsc pracy. Odbudowa Fary to siła napędowa Euromiasta. Muszę się pochwalić, że z mojej inicjatywy realizujemy w Gubinie program Rodzina 3+, już o rok wcześniej od programu rządowego. Ważne jest to, że burmistrz Bartczak ma stale pomysły na rozwój miasta i coraz skuteczniej je realizuje. Realizuje się program ochrony przeciwpowodziowej miasta. Zniknie więc niedługo największa zmora Gubina.

 

Czyżby nie było żadnych porażek?

Za wielką porażkę Gubina, ale też a może głównie naszego powiatu należy uznać likwidację gubińskiego szpitala. To że radni powiatowi a być może i starosta odczują skutki tej decyzji w nadchodzących wyborach, jest prawie pewne. Mnie to jednak nie pociesza.

Wojciech Sendera

Z Wojciechem Senderą rozmawia Oleg Sanocki

 

- Jakie wrażenie zrobił na Panu Kwidzyn?

- Jest to miasto bardzo prężne gospodarczo i kulturalnie. Właśnie wróciłem z Dni Kwidzyna, które w tym roku były krótsze i trwały dwa dni. Kwidzyn też ma problemy, głównie brak terenów pod zabudowę, co ogranicza rozwój. Dlatego działki budowlane są tam bodaj trzykrotnie droższe od gubińskich. 

- U nas ostatnio widać rozwój budownictwa, szczególnie mieszkań wielorodzinnych…

- Władze Gubina przywiązują dużą wagę do przyciągania inwestorów. Jeśli chwilowo nie ma inwestorów przemysłowych, to dajemy różne preferencje handlowcom i budującym mieszkania.

- Skąd ten głód mieszkaniowy?

- Coraz więcej mieszkańców Gubina pracuje za granicą. Wolą tam zarabiać, a tutaj mieszkać i wydawać pieniądze. Tak jest taniej. Młode małżeństwa od zawsze chcą same mieszkać.

- Zna Pan problemy naszego miasta. Zapytam, którą kadencję piastuje Pan godność radnego? 

- Tak się składa, że już trzecią. 

- W czym więc tkwi tajemnica zdobycia tak dużego i trwałego zaufania u wyborców? 

- Może w tym, że moja praca polega na stałym kontakcie z ludźmi. Wyborcy mają nade mną codzienną kontrolę. Czasem trzeba komuś doradzić, skierować do odpowiedniego urzędnika, nawet pomóc napisać podanie. Nie stronię od ludzi i staram się poświęcać im tyle czasu, ile potrzebują. Gdy kieruję kogoś do kompetentnego wydziału w Urzędzie Miejskim, staram się dowiedzieć, jak go załatwiono.

- Już 2 kadencje jest Pan wiceprzewodniczącym rady. To duży zaszczyt, ale też niemałe obowiązki…

- Reprezentuję w radzie, podobnie jak większość radnych, Stowarzyszenie Pro Gubin. Należy do tego stowarzyszenia prawie 50 osób. W tej kadencji koledzy obarczyli mnie funkcją przewodniczącego Klubu Radnych. Pełnienie tej funkcji wymaga czasu, ale i rozwagi. Daje to szansę na aktywne działanie dla dobra ogółu.

- Może kilka słów o klubie Pro Gubin.

- Spotykamy się nieregularnie, w miarę potrzeb. Nasz klub to nie partia. Zrzeszamy wszystkich, którym drogie są losy naszego miasta. Budujemy relacje mieszkańców poza polityką. W czasie obrad klubu rodzą się nowe projekty kulturalne, sportowe i gospodarcze, które dostosowuje do potrzeb Zarząd Pro Gubin. 

- A praca radnego w komisjach…

- Działam w Komisji Bezpieczeństwa, Spraw Socjalnych i Ochrony Środowiska. Zakres prac, jak widać, niemały. Mam przekonanie, że dzięki dobrej współpracy ze służbami porządkowymi żyje się nam w mieście coraz bezpieczniej. W Gubinie, jak mało gdzie, nie widać fotoradarów, nie ma polowań na mandaty karne, to wyraz zaufania do mieszkańców. Monitorowane są natomiast wszystkie szkoły, co daje komfort bezpieczeństwa najmłodszym. 

- A zieleń w mieście?

- Ostatnio na posiedzeniu rady zgłosiłem interpelację, by uporządkować korony drzew, które są w kolizji z liniami napowietrznymi.

- Jakie dokonania w mieście cieszą Pana najbardziej?

- Mamy coraz ładniejsze miasto i coraz lepiej skomunikowane. Odnowiona wyspa przyciąga turystów, zagranicznych też. Stała się centrum rozrywkowym Euromiasta. Coraz lepiej promuje miasto Fara, z której widoki odsłaniają nasze uroki krajobrazu. Coraz ładniejsze ciągi piesze i stale doskonalone szlaki komunikacyjne. Na nawierzchnie jezdni nie możemy narzekać, chociaż apetyty na nowe ronda i szlaki rowerowe stale rosną. Nadal obawiamy się powodzi, mam nadzieję, że już niedługo. Powodzie martwią burmistrza, jak i radnych, więc musimy go wspierać w tworzeniu projektów na zdobycie pieniędzy na priorytetowe zadania.

- Dziękuję, życząc Panu, władzom miasta i dzielnemu Pro Gubin dalszych sukcesów.     

 

Karol Smyk

z Karolem Smykiem rozmawia Oleg Sanocki

Pan Karol mówi, że nie z własnej woli znalazł się w Gubinie, ale czuje się gubinianinem. Zapuścił tutaj już trwałe korzenie.

Jako kilkuletni chłopiec przyjechał na początku lat osiemdziesiątych do Gubina, bo ojciec obejmował właśnie posadę lekarza wojskowego w największym polskim wówczas związku taktycznym. Ojciec zapewniał żonę i synów, że zabawią tutaj najwyżej 4 lata, a żyją tu do dziś.

- Co dał panu Gubin? 

- Można powiedzieć, że wszystko: udaną młodość, wykształcenie w tymże liceum, kolegów, przyjaźnie, wyniki sportowe, zamiłowania i cel życiowy. W sumie spełnienie marzeń, co stwierdziłem już zdając maturę w 2000 roku.

- A dalsza nauka już poza Gubinem…

- Ukończyłem studia sportowe w Gorzowie, które dały mi wymarzony zawód i perspektywę życiową. Gubin przyjął mnie życzliwie i mogę spłacać dług zaciągnięty w mojej szkole, co mnie bardzo cieszy. 

- Czemu właśnie siatkówka, a nie piłka nożna?

- To zasługa mego nauczyciela Jerzego Schmita, który miał niesamowity magnes przyciągania do siatkówki. Czasem mówił, że wyłapuje talenty. Treningi w jego wydaniu były atrakcją dla jego wybrańców. Umiał zgrywać zespół, budować drużynę, likwidować konflikty, wskazywać cele. Dlatego siatkówka rozwija się od lat w naszym mieście, głównie dzięki bakcylowi tegoż właśnie nauczyciela i wychowawcy. Są już turnieje w Ośrodku Sportu i w szkołach. Jest to rozpoznawalna wizytówka Gubina.

- A pana największe osiągnięcia pod wodzą Schmita to…

- Grałem w drużynie, która zdobyła mistrzostwo województwa, a w mistrzostwach makroregionalnych zdobyliśmy 2 miejsce. 

- Teraz pan promuje Gubin poprzez siatkówkę.

- Sam bym tu zapewne za wiele nie zwojował. Tradycja gubińskiej siatkówki powoduje, że mamy co i rusz to nowych, dobrych trenerów w tej dyscyplinie, że wymienię tylko obok Schmita Roberta Siegla, Roberta Woszaka, Jacka Gornowa i Tomasza Lasotę.

- A osiągnięcia?

- Aktualnie nasze dziewczyny wygrały tegoroczną wojewódzką gimnazjadę w siatkówce i 19 czerwca wystąpią wśród 16 reprezentacji wojewódzkich w rozgrywkach finałowych kraju, które rozegrane zostaną w Kołobrzegu. Mamy najlepsze siatkarki w województwie, a stać nas na więcej.

- Widzę, że apetyt sportowy rośnie.

- Zdecydowanie. W kadrze wojewódzkiej siatkówki przygotowywanej do Olimpiady Młodzieżowej w Wałbrzychu jest 7 naszych zawodniczek: Anna Błaszko, Weronika Kaczmarek, Kamila Loga, Kaja Pydyś, Justyna Pypeć, Natalia Pytiak, Aleksandra Szmigiel – to są wielkie talenty. Obok naszych dziewcząt zakwalifikowano jeszcze do kadry 4 zawodniczki z Nowej Soli i jedną z Sulechowa.

- Jak one zdobywają tak wysokie umiejętności? 

- W dużej mierze dzięki wsparciu finansowemu naszych władz miejskich. Dwa lata pod rząd wyjeżdżaliśmy na obozy treningowe do malowniczej Lubrzy, gdzie na kajakach zawodniczki wzmacniały kondycję. W tym roku miasto zafundowało nam obóz w Świnoujściu, to dobry prognostyk. Przed laty tam właśnie z trenerem Schmitem skutecznie doszlifowaliśmy formę.

- Uciekł mi pan skutecznie od tematu, więc proszę o kilka słów o sobie.

- Wspiera mnie wspaniała żona Marta, która uczy historii w naszym Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych. Z żoną uprawiamy turystykę, również grzybobranie. Obydwoje uwielbiamy morze. Byliśmy już w Chorwacji, Włoszech i Hiszpanii. Pasją naszą jest Bałtyk, począwszy od Świnoujścia, Międzyzdrojów, po Niechorze, Dziwnów i Pobierowo. Udaje nam się łączyć przyjemne z pożytecznym, więc spełniamy się w tym naszym Gubinie pod wieloma względami.     

- Dziękuję za rozmowę. 

 

Z Piotrem Puszkarskim rozmawia Oleg Sanocki

Od kiedy jest Pan mieszkańcem Gubina?

 - W tym roku minie 26 lat. Do Gubina przyjechałem 5-go października 1988 roku. 

 

Przez ile lat służył Pan w wojsku?

- W 1988 roku ukończyłem szkołę oficerską w Koszalinie i do 14-go maja 1991 roku służyłem w garnizonie Gubin.

 

Pamietam, jak dbał Pan o porządek na targowisku miejskim!

- Tak, z Targowiskiem Miejskim związany byłem przez 8 lat do końca sierpnia 2000 roku.

 

Co Pan sądzi o Gubinie z perspektywy lat?

- Uważam, że Gubin dobrze wykorzystuje swoją szansę miasta przygranicznego. Przez 8 lat, jako radny miejski i jedną kadencję przewodnicząc Radzie Miejskiej, zdobyłem duże doświadczenie społeczne, poznałem aktywność wielu obywateli Gubina, jak również cenne inicjatywy i działania naszych organizacji społecznych. 

 

Ile lat kierował Pan gubińską filią Powiatowego Urzędu Pracy?

- Filią kierowałem prawie 13 lat od 1-go września 2000 do 26-go kwietnia 2013. Były to lata pracy, które przynosiły mi dużo satysfakcji i możliwości pomocy innym ludziom. Nie byłoby to możliwe bez doskonałej współpracy z poprzednią Panią Dyrektor PUP, która nauczyła mnie, jak efektywnie kierować Urzędem.  Znaczące było też wsparcie poprzednich Starostów, Pana Mackowicza i Pana Hoffmanna oraz Pana Burmistrza Bartczaka. Ta współpraca była przykładem zrozumienia aktualnych problemów i potrzeb osób bezrobotnych i pracodawców. Pozwolę sobie w tym miejscu podziękować również Pracownikom Urzędu Pracy z Gubina i Krosna za dobrą współpracę i wzajemne zrozumienie.   

 

Po odejściu Pana ze stanowiska Dyrektora PUP, czym jest ta placówka w Gubinie?

- Patrząc na dzisiejszą pracę filii, stwierdzam, że nastąpiła celowa marginalizacja i degradacja doskonale działającego Urzędu, który był przykładem współpracy między Gubinem a Krosnem.  W Gubinie zarejestrowanych jest o ponad 500 bezrobotnych więcej niż w Krośnie. Starosta Pawłowski wykazał się zupełną niewiedzą i brakiem szacunku dla ludzi korzystających z usług PUP.

 

Czy mogą prawidłowo rządzić w PUP ludzie zamiejscowi?

- Prowadzi to do destrukcji i tak wygląda obecnie. Jest to źle przyjmowane przez osoby korzystające z usług tego Urzędu.  Opowiadanie Pani Dyrektor Kęsek o „usprawnieniu” pracy i nakazie pokontrolnym oraz bajki o „bardzo dobrym funkcjonowaniu PUP” są bzdurą i bezzasadnym usprawiedliwianiem swoich nieudolnych decyzji.

 

Wielu gubinian uważa, że szef powiatowego SLD Robert Pawłowski „niczym smok pożera własne dzieci” - co sądzi Pan, jako ofiara?

- Po wyborach w 2006 roku zrezygnowałem z działalności politycznej w ramach SLD i poświęciłem się tylko pracy zawodowej. Niektórym byłym „kolegom” to się nie spodobało, mieli do mnie pretensje, że współpracuję ze Starostą i Burmistrzem z PO. Zmiana władzy w Powiecie w 2012 roku nic nie dała mieszkańcom. Mam nadzieję, że w jesiennych wyborach mieszkańcy nie tylko Gubina, ale całego Powiatu ocenią należycie poczynania niektórych radnych i Starosty. Przypomnę niektórym, że radnym nie bywa się dożywotnio.

 

W wielu gubińskich firmach słyszało się, że Puszkarski stara się pomagać ludziom, m.in. kierując młodych ludzi na staże, które były dla nich pierwszą formą pracy / ilu z nich pozostawało w zatrudnieniu /? 

- Zawsze starałem się mieć czas na rozmowy z bezrobotnymi i pracodawcami, aby szybko zaspokajać potrzeby obydwu stron.  Rzeczywiście staż jest to istotna forma aktywizacji, a efektywność zatrudnienia w czasie mego kierowania Urzędem wynosiła 30-35 %.  Ważną formą pomocy były dotacje dla osób bezrobotnych na podjęcie działalności gospodarczej i refundacje dla pracodawców za utworzenie nowych miejsc pracy. Wielu gubinian z powodzeniem kontynuuje rozpoczętą działalność. 

 

Wiceminister Pracy, Pan Męcina ostatnio zamącił niemało w głowach bezrobotnych, mówiąc o zatrudnieniu w PUP doradców klienta i o nowych lub zmienionych formach aktywizacji, o co tu chodzi?

- Czytając zmiany Ustawy o zatrudnieniu bezrobotnych należy stwierdzić, że często są one oderwane od rzeczywistości i nie uwzględniają zróżnicowanej specyfiki lokalnych rynków pracy. Wprowadzenie pożyczek zamiast dotacji i refundacji, moim zdaniem, nie wpłynie pozytywnie na rynek pracy. Starostowie jako decydenci powinni mieć wolną rękę w przeznaczaniu środków na odpowiednie formy aktywizacji. Doradcy klienta to nie nowość, tylko zmiana nazwy stanowiska, pomysł dobry, ale nie załatwia niczego. Jaki może mieć dostęp do kilku doradców średnio 2000 osób bezrobotnych. Zaznaczyć należy, że ostatnia redukcja ilości pracowników w Urzędzie Pracy jeszcze pogorszyła tą dostępność. Kosztem likwidacji etatów w Gubinie zwiększono ilość pracowników w Krośnie.        

 

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

- Zamierzam wrócić do działalności samorządowej i w jesiennych wyborach ubiegać się o mandat w Radzie Powiatu Krośnieńskiego z niezależnej listy wyborczej, którą będę tworzył na terenie naszego miasta. Posiadam odpowiednią wiedzę i doświadczenie w pracy samorządowej. Wszyscy widzą, że działania obecnego Zarządu Powiatu przynoszą wiele szkody, szczególnie na linii współpracy Gubin-Krosno. Zdecydowanie popieram Pana Burmistrza Bartczaka. Uważam, że jest to odpowiedni człowiek z dużym doświadczeniem samorządowym, co udowodnił przez 8 lat. 

Maria Bronowska

Z Marią Bronowską rozmawia Oleg Sanocki

- Od kiedy mieszkasz w Gubinie? 

- Przyjechałam do Gubina w czerwcu 1957 roku, ale pracę rozpoczęłam dopiero po urlopie macierzyńskim we wrześniu, bo właśnie urodził się nam syn Jurek

- Jak wiodła droga do Gubina? 

- W 1947 roku Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici” skierował mnie, mieszkankę kieleckiej wsi, do Szkoły Przysposobienia Przemysłowego w Bielawie, gdzie wkrótce zostałam prządką w miejscowym zakładzie włókienniczym. Niedługo po tym skierowano mnie na Średni Kurs Kierowników Szkół Przysposobienia do Rawicza. Po ukończeniu tego kursu mianowano mnie kierownikiem mojej szkoły w Bielawie. 

- Przodownicy pracy i nauki awansowali wtedy błyskawicznie…

- To prawda. Rozwój przemysłu był bardzo dynamiczny, a wykształcone kadry przetrzebili okupanci, więc szkolenia były bardzo intensywne. Byliśmy młodzi, wytrwali, więc nikt nie marudził, nie narzekał. Rozumieliśmy, że dla odbudowy ojczyzny należy robić to, na co jest zapotrzebowanie. Wystarczyło mieć chęć i zapał do pracy, to droga do wiedzy była otwarta. W ten sposób ukończyłam Szkołę Wychowania Fizycznego w Złocieńcu. Po szkole prowadziłam w wolnym czasie zespół gimnastyczny, który zaczął wygrywać konkursy i dawał wiele pokazów. Kiedy nagrano nasz występ i pokazano w kronice filmowej, stałyśmy się już sławne. Kierownik zakładu i ja otrzymaliśmy gratulacje od Prezydenta Bolesława Bieruta i od Marszałka Polski, Michała Roli-Żymierskiego. Radość była ogromna, a chęć do pracy i dalszych występów znacznie wzrosła. Odbyłam kolejne kursy zawodowe w Jeleniej Górze i Legnicy. Od najmłodszych lat lubiłam czytać, najlepiej odpoczywałam w bibliotece. Polskich pisarzy: Kraszewskiego, Słowackiego, Rodziewiczównę, czy Dołęgę-Mostowicza zjadłam tuż po wojnie i stale mi tego było mało. Był czas na Gorkiego, Dostojewskiego, Tołstoja, potem Franciszek Dumas i Balzak. Zostało mi to do dziś. Ostatnio pasjonowałam się Kortas-Machler. 

- A kolejne stopnie Twojej kariery…

- Podobną dużą szkołę przemysłową otwierano w 1950 roku w Otmęcie, zaproponowano mi w niej stanowisko kierownika. No i przyjęłam. Zakłady Obuwnicze zatrudniały tam, jak pamiętam, 5000 pracowników i były największe w kraju. Tam poznałam mojego męża i w 1951 roku wzięliśmy ślub. Wkrótce Janka powołano do wojska.  Szkołę Oficerską w Dęblinie ukończył w grudniu 1954 roku. 

Ponieważ w tym czasie wychowywałam dziecko, to zmieniłam pracę, obejmując funkcję kierownika dużego Hotelu Robotniczego.

Działałam wtedy w Związkowej Radzie Zakładowej. Pamiętam, jak wysłano mnie na Konferencję Programową Przemysłu Skórzanego do Radomia. Pan Piechota, dyrektor zjednoczenia, prowadzący konferencję, powitał mnie imiennie, gdy zamykałam drzwi, wchodząc nieco spóźniona. Trochę zrobiło mi się nieswojo, bo wszyscy dziwili się, co to za persona. Nie wszyscy zapewne wiedzieli, że pan Piechota wcześniej był dyrektorem właśnie w Otmęcie. 

- To urosłaś wtedy…

- Słuchaj dalej. W przerwie podszedł do mnie, przywitał się ładnie, zapytał o to i owo, i zaproponował, żebym jako przedstawiciel największego zakładu w Polsce koniecznie zabrała głos w dyskusji.

Było mi to nawet na rękę. Powiedziałam kilka słów o bieżących sprawach zakładu i zgłosiłam wniosek, prosząc o przydział samochodów do przewozu ludzi. „A ile ich potrzebujecie?”

Pomyślałam, że i tak nic nie dadzą, więc wypaliłam – „Jedenaście”.

„Aż 11…”- zdziwił się dyrektor. Coś zapisał i mówi: „Zobaczymy, co da się zrobić.” Na obiad zaprosił mnie do swego stołu i był bardzo uprzejmy. „Ale z tymi samochodami to mnie pani podeszła”, pokiwał głową. „Ja i tak wiem, że pan tego nie załatwi”, odpowiedziałam. „Chyba, że da mi pan to na piśmie”, powiedziałam, podsuwając mu serwetkę jako kartkę do potwierdzenia. Napisał na stołowej serwetce „Należy przyznać 11 samochodów dla Otmętu” i przybił osobistą pieczątkę. No i dostaliśmy w ciągu 3 lat te „Lubliny” do przewozu ludzi. Zaraz po tym fakcie zostałam przewodniczącą Rady Zakładowej i wybrano mnie do Zarządu Wojewódzkiego ZMP.

- Widać, że miałaś zadowolenie z pracy zawodowej. 

- Raczej tak, chociaż czasem musiałam ustępować pola, gdy mąż awansował. Gdy działał w zespole, który organizował zakład przemysłowy w Gubinie, nie było źle. Gdy mianowano go wicedyrektorem, musiałam zmienić stanowisko pracy, by nie podlegać mężowi. Nowa praca na wzorcowni bardzo mnie wciągnęła. Wysyłałam nowe wzory obuwia do zjednoczenia. Brałam udział w Targach Poznańskich, gdy wystawialiśmy tam nasze obuwie. Był to dobry okres dla zakładu, bo do Związku Radzieckiego można było sprzedać wszystko. Były pieniądze na rozwój Cariny.

- Od kiedy ja cię pamiętam, zawsze byłaś aktywna społecznie, byłaś radną miejską…

- Lubię pomagać ludziom. Radną w Gubinie byłam 3 kadencje. Wybierano mnie na funkcje związkowe. W 1976 roku byłam delegatem na Zjazd Krajowy związków branżowych w Łodzi, potem na Kongres w Warszawie. Lubiłam działać w Lidze Kobiet, zarówno w zakładzie, jak i w Zarządzie Miejskim. Na emeryturze coś tam robiłam w Komitecie Osiedlowym, później w Radzie Osiedla nr 1.

- Nadal jesteś aktywna. Mówią, że nikogo się nie boisz.

- Teraz już pozostał mi tylko Uniwersytet Trzeciego Wieku, udział w Stowarzyszeniu Bronowskich „KORAB” i spotkania w galerii lub w bibliotece. A kogo ja mam się bać i dlaczego? Jeśli zabieram głos w dyskusji, staram się mówić o problemach nurtujących ludzi, ale nie muszę nikomu ubliżać. Burmistrz, czy inny decydent, ma wiele na głowie. Może czasem o czymś nie pamiętać, to trzeba mu przypominać. Nigdy nie dopatruję się w jakichś zaniechaniach złej woli. Przeoczenie to rzecz ludzka. 

- Nie pochwaliłaś się jeszcze rodziną i odznaczeniami…

- Mam dwóch synów i córkę, zdobyli wykształcenie i dają sobie w życiu radę. Pięcioro wnuków ukończyło studia i też jest z nich pożytek, nie tylko dla rodziny. Odznaczenia też są: srebrny i złoty Krzyż Zasługi, Odznaka Honorowa za Zasługi dla rozwoju Województwa Zielonogórskiego, Honorowa Odznaka Ligi Kobiet, Medal 40-lecia, odznaka Zasługi dla Związku Zawodowego i też dla Przemysłu Lekkiego, Za 50 lat Pożycia Małżeńskiego i może coś tam jeszcze. 

- A hobby? 

- O pasji czytania książek mówiłam, a czasem udaje mi się sklecić jakiś wierszyk o Gubinie, czy też o jego mieszkańcach, no i tyle.

- Dziękuję na tyle, ile tylko mogę. 

Subskrybuj to źródło RSS

2°C

Gubin

Cloudy

Humidity: 84%

Wind: km/h

  • 24 Mar 2016 7°C 2°C
  • 25 Mar 2016 9°C 4°C