Banner Top
ostatnia aktualizacja 14 Mar 2014 14:08
Wkurza mnie

Wkurza mnie (14)

"A mnie jest szkoda lata..."

No, więc jestem w Polanicy Zdroju. Kuruję się (pamiętacie Państwo, dwa lata temu pisałam z Ciechocinka).
Ten piękny kurort przydzielił mi Fundusz Zdrowia, nasz Narodowy, nie licząc się z niedogodnościami listopadowej pogody - no i, co gorsza, okresem przed wyborami drugiej tury. Polanica nie Gubin, więc widocznie nie zasłużyła sobie na burmistrza, który przytłaczającą większością głosów mógł wygrać w pierwszej turze.
Dwóch walczących ze sobą panów o jeden fotel, obkleja plakatami całe urocze miasteczko, nad głowami powiewają panele, a z jadących samochodów udekorowanych podobiznami przyszłych władców wydobywa się głos zachwalający kandydatów. Oszaleć można. Głos wdziera się do pokoju sanatoryjnego, trudno przed nim uciec na spacerze.
Na ulicach toczy się zwyczajne życie. Mieszkańcy się spieszą, kuracjusze wręcz przeciwnie, a grupka pracowników z remontowanego nieopodal budynku spokojnie raczy się procentami z gwinta. Zadziwiające. Na drugi dzień w tym samym miejscu ci sami mężczyźni przekazują sobie butelkę.
Deja vu, czy co u licha?

Wieczorem w parkowej restauracji dancing. Pary podrygują w rytmie "Niech żyje wolność", czy innej "Szalonej". Na szczególną uwagę zasługują leciwi panowie, jeszcze przed południem szurający nogami, ale z łapczywym błyskiem w oku, teraz rozdygotani w tańcu z dużo od siebie młodszymi paniami.
Aż strach, że taki się rozleci. Przyjedzie do domu, zmęczony po kuracji, a żona poda świeżo zaparzone ziółka leżącemu na tapczanie "lwu parkietowemu".
W gabinetach zabiegowych pracownicy narzekają na marne zarobki. W ogóle personel (w tym pielęgniarki) uważa, że pogorszyło im się z chwilą przejęcia w 2011r. przez spółkę Polska Grupa Uzdrowisk, która nie tylko zajmuje się tradycyjnym lecznictwem, ale także usługami rekreacyjno-regeneracyjnymi oraz SPA. Oprócz kuracjuszy z NFZ są kuracjusze pełnopłatni, komercyjni.
Piękny zdrojowy park, ogołocony z liści,pozbawiony kwiecia różaneczników i wszelkiego innego, w listopadowej szarudze prezentuje się dosyć smutno.
„A jeszcze przed miesiącem...”, podśpiewuję sobie oglądając plansze ze zdjęciami wykonawców i bawiącej się publiczności, na pierwszym Festiwalu Marii Czubaszek, zorganizowanym właśnie tutaj początkiem października.
Tę imprezę dobrej zabawy z udziałem takich tuzów estrady i kabaretu jak Czubaszek, Andrus, Poniedzielski, Bem, Dorota Miśkiewicz, Groniec, kabaret Hrabi, kabaret 7 minut, wymyślił Hirek Wrona, ten od muzyki w Teleexpressie i radiowej Trójki. Strzał w dziesiątkę ściągnął tłumy do Polanicy.
Marzy mi się, żeby kiedyś wymyślić taką imprezę i mieć na nią pieniądze, która przebije pozostałe
 i rozsławi nasze miasto Gubin.
Acha! Zapomniałam o najważniejszym. Znana producentka kosmetyków, dr Irena Eris kończy właśnie budowę swojego sanatorium. Luksusowy budynek w ogrodzonym dużym parku zostanie otwarty w połowie grudnia. Niestety, nie mogę polecić Państwu w nim Sylwestra, ponieważ wszystkie miejsca dawno już zostały wyprzedane. Doba w apartamencie - 14 tys. zł (słownie czternaście tysięcy złotych), ale za to z lokajem.
 

Każde pokolenie ma własny czas!

Od lat z coraz większym niepokojem patrzę na szarpaninę, chaos, inwazję chamstwa, osłabienie jakości klasy politycznej. I tej centralnej, i tej samorządowej. Czasami powątpiewam, czy to, co mamy w Polsce, można jeszcze nazwać demokracją.

Ryszard Kapuściński głosił, że rewolucja wybucha niekoniecznie dlatego - nie przede wszystkim - że ludzie nie mają chleba, ale dlatego, że nie potrafią znosić dłużej upokorzeń, pogardy rządzących, gwałcenia godności.

Polacy mają pewien problem ze sobą i nie potrafią myśleć w dalszej perspektywie. Nie spotkałam się z wizją, jak ten kraj, a w nim moje miasto Gubin ma wyglądać za pięćdziesiąt lat.

Polski dyskurs publiczny jest doraźny i skupia się na tym, co dzieje się teraz. Bardziej spieramy się o przeszłość niż o przyszłość.

A ja chciałabym, by powstała sieć autostrad i szybkiej kolei. Polska powinna modernizować się i dokonać skoku cywilizacyjnego. Natomiast nasze elity kłócą się o związki jednopłciowe, zapłodnienie in vitro itd.

Jesteśmy społeczeństwem patriotycznym, ale nie obywatelskim. Trudno jest przeprowadzić wspólne przedsięwzięcie typu naprawa nawierzchni, nawet na małej ulicy domów jednorodzinnych. W rezultacie każdy ma inny chodnik przed domem.

Modlimy się i podczas nabożeństwa mamy pełne usta bliźniego, a na koniec przekazujemy sobie znak pokoju - ale nie przebaczenia.

Z badań wynika, że w Europie najmniej ufają Polacy. Najbardziej Skandynawowie. 

W Polsce panuje kultura niezadowolenia. W Ameryce na pytanie „Jak się masz?” każdy odpowie automatycznie „Świetnie!”, bo nikt nie chce uchodzić za nieudacznika.

W Polsce jest odwrotnie. Ten, kto nie dostał pieniędzy, nie uważa, że on jest winien, lecz czuje się oszukany. Ten, kto dostał więcej, uważa, że za mało. Wszyscy podejrzewają, że inni dostali więcej albo nie powinni dostać nic, ponieważ oszukiwali.

Wielu deklaruje miłość do ojczyzny, którą mierzą ilością pomników (zapanowała u nas pomnikomania), tablic i obchodów na pokaz. Miłość do ojczyzny powinna wyrażać ludzką solidarność, przyzwoitość, życzliwość i niesioną najszybciej jak tylko się da pomoc bardzo potrzebującym.

Nie, drodzy czytelnicy - życiowe przepisy, sytuacje, o których słyszymy „na wskroś debilne”, nie biorą się z kosmosu. Nikt nam ich nie narzuca jak za czasów "stonki z samolotów".

To dzieło naszych genialnych, doświadczonych (czasami przez kilka kadencji) i kompetentnych parlamentarzystów (albo samorządowców).

Ta beznadziejna robota parlamentarna (czasami samorządowa) przekłada się na nasze życie. Z powodu prawnych głupot cierpimy my, ponosząc wszelkie prawne konsekwencje.

A przecież my, wyborcy, jesteśmy ich szefami. To dzięki nam znajdują się w parlamencie, czy samorządzie. Od nas zależy, czy prawo mają sprawować ci, którzy je tak skutecznie psują.

Na koniec kilka cytatów:

Kuba Wojewódzki – „Nasze społeczeństwo jest jak saper - myli się tylko raz, ale za to przy każdych wyborach.”

Stanisław Lem- „Ceń słowa, każde może być twoim ostatnim.”

Albert Einstein – „W warunkach kryzysu ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia.”

No i najważniejsze do zapamiętania - „Pesymista mówi - już chyba nie może być gorzej. Optymista - ależ może.”

 

Kiedy to się zmieni?

Mieszkam tylko 16 km dobrej drogi od Gubina i całe lata świetlne od elektronicznej cywilizacji.

Tak mógłby się rozpoczynać list do redakcji pisany przez mieszkańców kilku wsi gubińskiej gminy, albowiem komórki nie mają zasięgu, telefony stacjonarne działają na falach radiowych, a Internet, również radiowy, otwiera się żółwim tempem.

Jestem mieszkanką jednej z tych wiosek i codziennie doświadczam tego skutków. Np. dzisiaj czekałam 15 minut na otwarcie strony. Nikt się nie może dodzwonić, ponieważ stacjonarny, jak komórka, często nie ma zasięgu.

- Kończą się nasze kłopoty! - cieszyliśmy się jak dzieci, kiedy jesienią ubiegłego roku ekipa zaczęła rozkopywać pobocza i wkładać w nie kable ze światłowodami. Od Gubina do Łomów przez Żytowań i Kosarzyn. W grudniu ub.r. zakończono prace. W wioskach postawiono piękne nowe budki i… na tym się skończyło.  

 Indagowany przez zniecierpliwionych przyszłych użytkowników wójt Zbigniew Barski proponował uzbroić się w cierpliwość, bowiem do czerwca 2014 r. ma zostać wyłoniony drogą przetargu operator sieci.

Mieszkańcy w kalendarzu skreślali dni dzielące ich od tego terminu, niczym więźniowie mający wyjść na wolność.

Niestety nikt nie chciał. Nie opłaca się (nawet Orange Polska, która była wykonawcą robót ziemnych).

 Ponieważ w ziemi zakopano grube pieniądze (może nawet parę milionów), a na powierzchni nic się nie zmieniło, napisałam pismo w imieniu mieszkańców i własnym do pani Marszałek Województwa Lubuskiego. Powołałam się na niemożność (w razie niebezpieczeństwa) wezwania pogotowia ratunkowego, straży pożarnej, czy policji. 

Odpowiedź przyszła po dwóch tygodniach (może dlatego, że pisałam jako dziennikarka Wiadomości Gubińskich).

Departament Infrastruktury i Komunikacji Urzędu Marszałkowskiego zgadza się ze mną w całej rozciągłości, że problem może stanowić o niższym komforcie życia i zagrożeniu bezpieczeństwa, ale oni nic nie mogą, bo właściwym podmiotem, który nadzoruje, jest Urząd Komunikacji Elektronicznej, i że ich Departament zwrócił się do Delegatury Urzędu Komunikacji Elektronicznej o zajęcie się sprawą. Zakres projektu „Szerokopasmowe lubuskie” nie obejmuje budowy przyłączy abonenckich itd. i że „warunkiem koniecznym będzie więc aktywność operatorów (których nie ma) w dotarciu do potencjalnych klientów, wsparta działaniami samych mieszkańców”.

W piśmie podane też są propozycje kontaktu telefonicznego i mailowego z dyrektor Orange Polska w naszym województwie, panią Krystyną Jaszkul.

I dalej opis tego, jaką mamy szansę na dalszy rozwój sieci szerokopasmowej w Programie do 2020r.

W sukurs za pismem odwiedziło mnie dwóch przedstawicieli wymienionej Delegatury, którzy przez godzinę przekonywali mnie, że nic w tej materii zrobić nie mogą i poradzili, żeby pisać comiesięczne reklamacje do Warszawy. Tego samego zdania była pani dyrektor Orange Polska, z którą rozmawiałam.

Reasumując – jeżeli chcemy żyć w XXI wieku, musimy wziąć sprawy w swoje ręce, a najlepiej, żeby na naszym terenie znalazł się przedsiębiorca, który chciałby zostać dystrybutorem sieci. Wkurzyłam się. To po co nam władza i wszelkie Departamenty i Delegatury z urzędnikami?

Nie bardzo chce mi się dalej „kopać z koniem”. Myślę, że łatwiej będzie zmienić adres zamieszkania. 

Przerażające jest to, jak bardzo marnotrawione są pieniądze z Unii Europejskiej.

Rozpoczęte niedokończone autostrady, rozsypująca się kolej przy równoczesnym niewykorzystaniu przeznaczonych na ten cel unijnych funduszy, budowane parki wodne, sale koncertowe, które po otwarciu się zamyka, bo nie ma pieniędzy na utrzymanie. Statystyka pęcznieje, urzędnicy biorą premię.

Nikt nikogo nie rozlicza z rozumu i organizacji.

Klasyczna wolnoamerykanka.

 

Wiesiek donosił...

Kiedyś pisałam, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak…

Wiadomość o kłamstwie lustracyjnym radnego Wiesława Galewskiego przyjęłam ze smutkiem i zażenowaniem. Poczynając od samego tekstu, a kończąc na temacie.

W ciągu istnienia IPN teczki przetrąciły kręgosłup i skazały na niebyt niejednego profesora (jeden o światowej sławie astronom, po oczyszczeniu z zarzutów, wyniósł się z Polski ze swoją naukową wiedzą), artystę, polityka itd.

Do dziś toczą się spory, czy „Bolek” to Wałęsa, a Ryszard Kapuściński - talent reporterski, którego trudno zastąpić, dzięki książce Artura Domańskiego, stał się konfidentem na usługach IPN. Naturalnie, na ogół sądy lustracyjne wybielają, ale smrodek zostaje, zwłaszcza w małym lokalnym społeczeństwie.

Z Wieśkiem Galewskim pracowałam w Gubińskim Domu Kultury. Był instruktorem filmu i fotografii. I… donosił. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych donosił taśmy z nagraniami Jacka Kaczmarskiego i teksty o tej samej tematyce, co piosenki. Słuchaliśmy tego w zamkniętych pomieszczeniach. 

Czy mam teraz w IPN sprawdzić moją teczkę? Może donosił, w końcu byłam dyrektorem placówki upowszechniania kultury, a tę w PRL traktowano jako narzędzie propagandy. Bzdura.

Nie wiem, dlaczego Wiesiek (nie rozmawiałam z nim), wiedząc o „wyroku”, nie zareagował wcześniej. Może wiedząc, że jest niewinny - zlekceważył.

Wiem natomiast, że żądanie zwrotu diety radnego z poprzednich trzech lat, kiedy uczestniczył w pracach Rady, nie świadczy dobrze o rzetelnej ocenie sytuacji.

A tak nawiasem.

Czy zapytanie tego typu kieruje się do IPN w ostatnich latach kadencji, czy może czeka się na odpowiedź trzy lata?

Dla mnie wygaśnięcie mandatu (odebranie, złożenie - jak kto chce) w wyniku pijaństwa za kierownicą jest sprawą jasną i oczywistą.

W wypadku lustracji, opartej tylko na teczkach ubecji, która musiała się wykazać - nie.

 

 

Czy warto się uczyć?

Uff!!! Już po wakacjach. Długo przez uczniów oczekiwany czas kanikuły dla rodziców jest dużym stresem. 

Rodzic ma od 20-tu do 26-ciu dni urlopu, dziecko 62 dni letnich wakacji. Nawet, jeżeli pójdzie na półkolonie, czy pojedzie na kolonie, z rodzicami na wczasy - to zajmie tylko dwa tygodnie. A co z resztą? Kto w tym czasie ma zająć się latoroślą?

Koniec wakacji przyjmowany jest przez obie strony z niepokojem.

Dzieci wyrażają zaniepokojenie z powodu powrotu do codziennych obowiązków, rodziców stresują duże wydatki związane z rozpoczęciem roku szkolnego.

Nic dziwnego, skoro (jak kiedyś napisała Gazeta Wyborcza) posiadanie dziecka w Polsce jest luksusem.

Ta sama gazeta wyliczyła, że posiadanie dziecka przez krótki okres od poczęcia do rozpoczęcia nauki w szkole podstawowej kosztuje 27,5 tys. zł. Samo przejście dziecka przez podstawówkę to kwota 39 tys. Szkoła średnia to 21 tys. do 338 tys. (w tej drugiej kwocie chodzi chyba o szkoły prywatne). Gazeta podsumowała, że dziecko od poczęcia do matury kosztuje rodziców od 90 tys. (wersja ekonomiczna) do 868 tys. (wersja ekskluzywna). Rodzice ze swojej natury chcą dziecku zapewnić dobre wykształcenie, a w przyszłości taką samą lub lepszą pozycję niż sami mają. Ale w naszej kulturze - kraju na dorobku, ta potrzeba przybrała chore rozmiary. 

„Wielu rodziców traktuje szkołę jak bank, gdzie zakłada się lokatę i chce mieć jak najlepszą stopę procentową. Ta lokata to dziecko, a stopa zwrotu - wynik na egzaminie” - uważa wiceszef stołecznej edukacji, Mirosław Sielatycki.

 A i tak wg CBOS 57 proc. Polaków nie sądzi, by dyplom miał dziś wartość na rynku pracy.

 Z naszego podwórka: w Gubinie dziewczyna po dwóch fakultetach siedzi w kasie jednego z marketów.

20 proc. nastolatków nie wierzy, że jeżeli będzie się dobrze uczyć, to dostanie dobrą pracę. 71 proc. uważa, że szkoła nie daje przydatnej w pracy wiedzy.

Czy zatem warto się uczyć?

Zdecydowanie tak, ale inaczej, bowiem szkolna edukacja nie wystarcza, aby nawet prymusowi zapewnić sukces w dorosłym życiu.

Większość pracodawców mówi, że polskim absolwentom najbardziej brakuje współpracy w grupie, debaty publicznej, aktywności, zdolności organizacyjnych, inteligencji emocjonalnej, edukacyjnego wykorzystania nowych technologii.

To wszystko będzie bardzo się liczyć w ich dorosłym życiu.

Do rodziców więc wraca obowiązek pobudzenia rozwoju swoich dzieci. I to nie udzieleniem lekcji. Trzeba by więc ze swymi dziećmi najzwyczajniej żyć, mniej ustawiać się w roli menadżera ich sukcesu.

Także rodzice powinni naciskać na ewolucję systemu szkolnego, a znajdą sojuszników wśród wielu nauczycieli.

 

Sumienie po naszemu

Życie polityczne w Polsce nabiera tempa. Normalka. Tak prawie zawsze przed wyborami. Z tym, że afery związane z taśmami coraz dosadniejsze w swojej wymowie i włosy stają na głowie, jak człowiek pomyśli, co jeszcze ujawnią do jesiennych wyborów.

Lud Boży od dawna spekuluje, że inaczej się do niego mówi, a inaczej się załatwia w restauracyjnych zaciszach. Też nie dziwi, bo chyba tak jest w polityce na świecie. Martwi go tylko własne zdrowie, o które coraz trudniej zadbać z powodu dostępu do specjalistycznego leczenia i braku kasy na lekarstwa.

Lud Boży martwi się też, że coraz bardziej stajemy się "talibami", czyli państwem wyznaniowym.

Lekarze tworzą stowarzyszenia (Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich) i podpisują (na szczęście nie wszyscy) "Deklarację Wiary" - która mówi, że "prawo boskie ma pierwszeństwo przed ludzkim" i że ciało ludzkie jako dar Boga jest nietykalne, że powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeńskim mają prawo używać tych organów (nie do wiary, że to XXI w.).

Mam znajomego lekarza na Śląsku Cieszyńskim, który jest Świadkiem Jehowy i pracuje w szpitalu. Zadzwoniłam i zapytałam, czy wykonuje transfuzję, bo to może kolidować z jego sumieniem. Powiedział, że jest lekarzem, należy to do jego obowiązków, chociaż on sam nie poddałby się transfuzji. Widocznie sumienie sumieniu nierówne.

Aż strach pomyśleć, że może w następnym rzucie powstanie Stowarzyszenie Katolickich Prawników, którzy będą sądzili w/g prawa Bożego i własnego sumienia.

Szkoda tylko, że to katolickie sumienie nie ma więcej empatii dla ludzi, więcej miłosierdzia dla ich słabości, a każe zdeptać każdego, kto urodził się np. Żydem, czy homoseksualistą. Gdzie prawo Boskie? Bóg każe kochać każdego.

Z ostatniej chwili:

Policja i prokuratorzy w redakcji "Wprost" - jednej z największych gazet w Polsce, która ujawniła aferę taśmową. W czasie, gdy w kraju trwają obchody 25-lecia odzyskania wolności?

Powtórzę za Ernestem Bryllem - "Wolność jest tanio sprzedawana, a tak drogo była zdobywana."

 

 

Tamten czerwiec

Jest 2 czerwca 1989r. Gubiński amfiteatr (już nieistniejący) wypełniony po brzegi. Na scenie odbywa się "Mitting Przedwyborczy" z udziałem kandydatów Solidarności do parlamentu i senatu. Umowa na realizację podpisana na trzy tygodnie przed imprezą przez przedstawiciela gubińskiej Solidarności, Zenka Wróbla, i zleceniobiorcę, dyrektor Gubińskiego Domu Kultury, Janinę Izdebską (Kaśkę). W umowie: prowadzenie imprezy, wywiad z kandydatami, występ kabaretu "Bez sensu", działającego przy GDK, ze specjalnym programem "Śledź w rodzynkach - czyli reformowanie po polsku".

Symboliczna kwota za realizację jest pretekstem do uwag ze strony Komitetu Partyjnego. Nacisku nie ma. Całość prowadzi i bierze udział w programie kabaretowym - dyrektor GDK. Impreza trwa trzy i pół godziny.

W tym czasie na gubińskim stadionie trwa "Mitting Przedwyborczy" organizowany przez władze miejsko-partyjne.

Podobno bez tłumów na widowni. W amfiteatrze publiczność żywo reaguje na satyryczny program kabaretu.

Jest nadzieja na zmiany, ale pewności nie ma.

Ludzie nie wiedzą jeszcze, że tak oczekiwane i pożądane zmiany pozbawią ich miejsc pracy, zmiotą z powierzchni Gubina zakłady pracy i wojsko.

Ale też nie wiedzą, że za paręnaście lat Gubin zmieni swoje oblicze, powstaną duże markety, osiedla domków jednorodzinnych, szerokie drogi, nowe ulice, parkingi.

Nazajutrz po imprezie Gubiński Dom Kultury ma zakaz wejścia z imprezą do amfiteatru bez zezwolenia wojskowego dowódcy w Gubinie.

Na szczęście zmienił się ustrój. Po zmianie placówka musi nowymi propozycjami walczyć o przetrwanie, bo w całej Polsce, a także w ościennych miejscowościach padają domy kultury (np. Krosno Odrz.), kluby, świetlice. Przegrywają z innymi potrzebami.

Do parlamentu i senatu dostaje się cała trójka kandydatów zaprezentowanych w amfiteatrze. Posłem zostaje Jarosław Barańczak (późniejszy wojewoda), senatorami Walerian Piotrowski i Edward Lipiec.

Dokładnie 25 lat po tym zdarzeniu - 4 czerwca 2014r. siadam do napisania tego tekstu. I nie powiem, że rozpiera mnie radość. Nie bardzo mieszczę się w ramach rzeczywistości, gdzie kulturę ocenia się głosowaniem SMS (najlepszy aktor, piosenkarz, spektakl teatralny, film), a dokonania oceniają ludzie często mający mgliste pojęcie o danej tematyce.

Piszę ten wspomnieniowy felieton i zastanawiam się, czy mam powody wpadać w euforię zmian.

W gubińskich sklepach półki uginają się pod ciężarem produktów. I tu zjawisko gubińskiego cudu gospodarczego. Dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Dużych zakładów jak Carina, Goflan, Diana, Kromet itd. nie ma. Nie ma też wojska (duży zakład pracy), a liczne sklepy pełne kupujących. Tak, jakby w Gubinie sypała się manna z nieba w postaci złotówek.

Nie ma rodziny bez komórkowego telefonu, a nawet kilku. Co trzecia rodzina dysponuje samochodem, a czasami dwoma. A przecież między tym są ludzie, którzy nie wiążą końca z końcem (nie mówię o patologii). W całej Polsce ubóstwo jest równie dostrzegalne jak zamożność. Tak wygląda kapitalizm - nie wiem dlaczego nazwany demokracją. Może dlatego, że każdy ma szansę zarówno być bogatym, jak i biednym.

Najbardziej przegraną po transformacji okazała się klasa robotnicza, która przy pomocy tęgich umysłów wywalczyła protestami, strajkami, a w kilku wypadkach i krwią - nowy ustrój. Teraz praktycznie klasa robotnicza zniknęła z pejzażu Polski. Są tylko najemcy. Otworzyliśmy granicę w 2004r., teraz dziwimy się, że Polacy korzystają i jadą za pracą do państw Unii Europejskiej.

Nie tak miało być - mówią niektórzy działacze byłej Solidarności.

Rok 2014 - rokiem ważnych rocznic historycznych

Ten rok będzie obfitował w ważne dla Polski rocznice historyczne. Nie sposób o nich nie wspomnieć w roku wyborów do Parlamentu Europejskiego, a także - co jest równie ważne, dla szeregowego obywatela  wyborów samorządowych.

Wymieńmy je zatem:

- 100. rocznica wybuchu I wojny światowej,

- 75. rocznica wybuchu II wojny światowej,

- 70. rocznica Powstania Warszawskiego,

- 70. rocznica zdobycia Monte Cassino,

- 25-lecie Okrągłego Stołu,

- 25. rocznica pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce,

- 35. rocznica pierwszej pielgrzymki do Polski papieża Jana Pawła II.

Obchodzone będzie także 100-lecie urodzin legendarnych emisariuszy, Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Jana Karskiego, którego rok właśnie trwa.

W to wszystko wmeldował się barwny festiwal przedwyborczy do Parlamentu Europejskiego, bo jak inaczej można nazwać prezentację śpiewających posłów, tańczących, wywijających szabelką, którzy w ten sposób (a nie merytoryczny) chcieli zostać zapamiętani przy urnach wyborczych. Jak można serio traktować celebrytów nieidentyfikujących się z programem partii? Cała ta zabawa pogłębia bezideowość naszej polityki. Przeciętny mieszkaniec kraju zastanawiał się, czy wybory do Parlamentu Europejskiego mają znaczenie dla naszego kraju. I coraz częściej odpowiadał sobie, że pewno mają znaczenie dla tych, którzy zdobędą mandaty, gdyż mogą być „ustawieni” do końca życia. I nie tylko wysokimi dochodami, ale też na sieć kontaktów, które mogą zaprocentować na lata.

Naturalnie, zatroskani o nasz kraj kandydaci, jak przystało na dżentelmenów, nie mówili o pieniądzach. Jedyny Zbuntowany Anioł - Janusz Korwin Mikke, prezes Kongresu Nowej Prawicy, odpowiadając na pytanie, czy będzie pobierał diety - jeśli zostanie wybrany - odpowiedział twierdząco.

- Będę chciał ośmieszyć Unię (przecież chce rozwalić ją od środka) i brał za to pieniądze. Instytucji, którą kocham, trzeba dać pieniądze, a wrogiej trzeba zabrać - powiedział.

Jedna z niemieckich gazet nazwała Korwina Mikkego Stańczykiem, który wzbudza w Polsce sensację.

Gazeta uważa, że jest to swoisty fenomen, który przyciąga młodych ludzi. Gazeta przewiduje dla niego szansę i to pomimo faktu, że oprócz lidera nie ma w jego partii żadnej znanej twarzy.

Kiedy piszę felieton (niestety dzień przed wyborami – ach, ten cykl wydawniczy), zastanawiam się, czy spełnią się wieszczenia niemieckiej gazety. Bo jeśli tak, to znaczy, że młodzi ludzie szukają dla siebie nowej przystani, nawet egzotycznej politycznie, byleby tylko uciec jak najdalej od zajętych wyłącznie sobą partii z lewej i prawej strony.

Na pewno te właśnie wybory będą miały bardzo istotne znaczenie dla przyszłej sytuacji w naszym kraju, bowiem będą sprawdzianem dla samych partii przed krajowymi wyborami do parlamentu (a może i samorządu).

 

Tak sobie myślę...

Piszę ten felieton tuż przed długim weekendem - a ukaże się po nim - więc jeszcze nie wiem, ilu pijanych kierowców będzie kosiło na drogach, wiem natomiast, że jakaś część kręcących kółkiem kierownicy, za nic ma zakazy i nakazy w myśl powiedzenia: -"Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?" Po polskich drogach jeździ już 25 mln samochodów, których corocznie tylko w Polsce przybywa około 1 mln. Aż strach pomyśleć, co będzie za parę (że już dalej nie sięgnę) lat.

Wczoraj próbowałam przejść na pasach dla pieszych w Gubinie. W samym centrum miasta. Zatrzymał się dopiero szósty samochód, pomimo, że ja miałam pierwszeństwo. Reszta pędziła tak beztrosko, że gdybym zaryzykowała przejście, rozjechaliby mnie jak żabę. Z równą bezsilnością podjeżdżam na parking pod Tesco, czy były dworzec PKS, bowiem w tych miejscach już czyhają menele, by mnie zaatakować jak muchy tse-tse. Straż miejska jest wobec nich bezsilna, bo przecież nie czynią żadnego rozboju, a rozganiani za chwilę wracają w to samo miejsce. Ot! Taki gubiński folklor. Bardzo uciążliwy.

Innego rodzaju folklorem (nie słyszałam, żeby w Europie, czy na świecie miało to miejsce) uraczono nas 10 kwietnia br. przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, gdzie ks. Stanisław Małkowski odmawiał egzorcyzmyWyjaśnił potem jednej z gazet, dlaczego: - ”Wewnętrzni przeciwnicy Kościoła i narodu, przyjmując kamuflaż deklarowanego katolicyzmu, przyjmując świętokradztwo komunii świętej, zaprzyjaźniają się z różnymi duchownymi, a także hierarchami. Wprowadzają dezorientację i myślowy zamęt."

To nie wszystkie egzotyczne wieści z Polski. Jest takie powiedzenie: - ”Każdy ma swojego mola, który go gryzie" - transformując można powiedzieć - "Każdy rząd ma swoją aferę, która go gryzie". Afera w Ministerstwie Sprawiedliwości to ponad 100 mln zł. Jest to łączna wartość nieprawidłowo udzielonych zamówień publicznych. Podejrzenia dotyczą dwóch osób - podało CBA po długotrwałej kontroli. A my się wkurzamy nieuczciwością podejrzanych kasjerek w naszym magistracie.

Na razie idziemy do wyborów bez większych emocji, no chyba, że w grę wchodzą duże pieniądze, np. spot wyborczy PO za 8,5 mln zł. Wkurza nas bezsensownie wydana kasa. Chociaż nie dziwi walka o miejsca w Parlamencie Europejskim. Toż to duże pieniądze do indywidualnej kieszeni. Stały miesięczny dochód to około 40 tys. zł. Ile można jeszcze zarobić "na boku", ujawnia jeden z europosłów, Marcin Migalski, w swojej książce "Parlament Antyeuropejski". Pisze w niej, jak z Brukseli można wyciągnąć jeszcze dodatkowe pieniądze. Cytuję: na mieszkanie, na diety, na komisję sejmową, na samochód - "polityk, który jeździł do Brukseli własnym samochodem przez całą kadencję, mógł zgarnąć do kieszeni półtora miliona złotych". Przyznacie Państwo, że jest o co się bić.

W cieniu do PE rozpoczyna się kampania samorządowa. Na pewno też nas niejedno zaskoczy. Kiedyś zapytałam mieszkańca Gubina, kandydata na posła do krajowego Parlamentu, dlaczego zgodził się, wiedząc przecież (a był to inteligentny człowiek), że nie ma żadnych szans. Odpowiedział, że liczy na to, że ktoś zapamięta jego nazwisko i będzie mu łatwiej załatwić prywatne sprawy. Ks. prof. Józef Tischner (mój guru) w jednym ze swoich wykładów o państwie powiedział, że jesteśmy jego elementami tylko - drobinkami. Jeśli każda drobinka będzie robić, co do niej należy, to całość stworzy państwo, w którym będzie duże umiarkowanie, duża śmiałość i duża mądrość.

Wentyl bezpieczeństwa dla frustracji mieszkańców

Kilkadziesiąt miast w Polsce wprowadziło budżet obywatelski, a kolejni zainteresowani zapowiadają, że zrobią to w przyszłym roku. Mam zamiar zapytać burmistrza Gubina Bartłomieja Bartczaka, czy nasze miasto znajdzie się wśród kolejnych wprowadzających budżet obywatelski.

Zanim to zrobię, kilka słów na temat tej idei, która dla nas jest nowością, a na świecie funkcjonuje już ponad dwadzieścia lat.

Po raz pierwszy wprowadzono go w brazylijskim Porto Allegro w 1989r., a ponieważ się sprawdził, zaistniał również w wielu miastach Brazylii i na świecie. Z powodzeniem korzystają z niego gminy w Niemczech i we Francji. W Polsce w 2011r. pierwszy wprowadził go Sopot.

Sama idea, na pierwszy rzut oka jest pociągająca, bowiem rozładowuje frustracje mieszkańców niewielkim kosztem.

Rządzący miastem z góry wyodrębniają niewielką część budżetu, a o jej podziale decydują już nie radni, ale sami mieszkańcy. Najpierw zgłaszają projekt poprawy życia w mieście, potem w głosowaniu wybierają najlepszy. Zwycięskie pomysły władza powinna zrealizować.

- Uważa pan, że to dobry pomysł dla mieszkańców Gubina? - pytam burmistrza Bartczaka.

- Tak! I będę starał się przekonać do niego mieszkańców. W tym roku budżetowym myślałem o nim, jednak w budżecie ciągle brak pieniędzy na pokrycie wszystkich potrzeb miasta. Nie lubię obiecywać niczego, co nie ma szans realizacji. Może w przyszłym roku uda się wprowadzić budżet obywatelski - daje nadzieję burmistrz.

W pierwszym roku można zacząć od małych kwot, a potem je stopniowo zwiększać. W miastach, gdzie już funkcjonuje, zazwyczaj na budżet obywatelski zwany także partycypacyjnym, przeznaczają nie więcej niż 1 proc. wydatków miasta, a często mniej. Miasta nie bardzo też jeszcze wiedzą, jak radzić sobie z weryfikacją pomysłów.

Zwłaszcza, że polska odmiana budżetu obywatelskiego mocno różni się od brazylijskiego. Tam nacisk położono na bezpośrednie spotkania i debaty mieszkańców. To na nich są zgłaszane pomysły, a potem odbywa się głosowanie i wybór najlepszego projektu.

W Polsce zazwyczaj mieszkańcy zgłaszają swoje projekty listownie lub przez Internet, potem jest etap ich urzędniczej weryfikacji, a na końcu odbywa się głosowanie w lokalach wyznaczonych przez gminy. Niestety najczęściej aktywność mieszkańców ogranicza się do samego głosowania.

Jak to będzie w Gubinie - może już w przyszłym roku przekonamy się, jak - mam nadzieję - wprowadzi się budżet obywatelski. Gdybyśmy wybrali model brazylijski, może poprzez dzielenie pieniędzy mieszkańcy przekonaliby się do większego zaangażowania do debaty o własnym mieście.

Bo w całym tym działaniu najważniejsze są nowe projekty społeczne i inwestycje.

Subskrybuj to źródło RSS

2°C

Gubin

Cloudy

Humidity: 84%

Wind: km/h

  • 24 Mar 2016 7°C 2°C
  • 25 Mar 2016 9°C 4°C